No i właśnie przekonaliśmy się o tym na własnej skórze! Tak boleśnie i okrutnie dla nas samych. Niestety stało się najgorsze, o czym nie raz sam przestrzegałem i pisałem! Popłynęliśmy z prądem, ale nie w tym kierunku, w którym zmierzaliśmy! A wszystko to stało się na nasze własne życzenie!

Tych co w nas nie wierzyli i złorzeczyli niestety dzisiejszy wpis pocieszy, natomiast wszystkich tych, co nam dopingowali i byli przekonani, co do słuszności naszych metod odchudzania zasmuci. Tak, przestaliśmy tracić kilogramy! Co gorsza – oboje przybraliśmy na wadze, a w moim przypadku całkiem sporo.

dscn6396

Urlop pełną gębą

A więc do rzeczy. Cóż się takiego stało, że przestaliśmy chudnąć i zaczęliśmy znowu tyć? Żeby podjąć się odpowiedzi na to pytanie trzeba by było cofnąć się do ostatniego wpisu, który umieściłem na blogu, co miało miejsce już 3 miesiące temu. Tak, to już 3 miesiące upłynęły, kiedy przestałem pisać i informować Was o naszych postępach w odchudzaniu! Tak długi okres bez wpisów to też jest jedna z przyczyn, która doprowadziła nas do sytuacji, w której oboje się znaleźliśmy. Ale o tym później. Zacznijmy od samego początku.

W maju rozpoczęliśmy długo wyczekiwany przez nas urlop. Spędzaliśmy go w Polsce w towarzystwie rodziny i znajomych. Pierwszy tydzień urlopu w kraju był zarazem ostatnim tygodniem diety regeneracyjnej. Mieliśmy ściśle rozpisany jadłospis, którego się sztywno trzymaliśmy. Wszystko było w najlepszym porządku. Spadek wagi postępował zgodnie z założonym przez nas planem. Poza sztywnym trzymaniem się diety w trakcie pierwszych dni pobytu w Polsce zwiększyliśmy intensywność treningów i wysiłku fizycznego. Zapisaliśmy się na siłownię i zaczęliśmy dużo biegać. Praktycznie nie było dnia bez treningu, co więcej były takie dni, w których ćwiczyliśmy nawet 2 razy dziennie. Było to poranne bieganie i wieczorny trening na siłowni.

Wszystko wyglądało dobrze aż do rozpoczęcia przez nas diety sportowej i kilkudniowego wyjazdu na odpoczynek spędzony w rodzinnym gronie na Kaszubach. Takim przełomowym momentem był ćwierćfinałowy mecz Polaków na Mistrzostwach Europy w piłce nożnej, kiedy to nasi piłkarze toczyli zacięty bój z Portugalią. Wtedy to skusiłem się na wypicie piwa (pierwszy raz od początku diety!), do tego pojawiły się wysokokaloryczne przekąski i cały dietetyczny harmonogram dnia runął na łeb i szyję. A co tam! Raz – nie zawsze! Przecież jestem na urlopie! Mam wakacje! W końcu raz mogę pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa.

20160626_141057

dscn7062dscn7138

Nie byłoby w tym wielkiego problemu, gdyby nie to, że te wakacje trwają do dziś. Wtedy to się zaczęło i trwa nadal. W naszym „dietetycznym” menu zaczęły pojawiać się orzeźwiające upalne dni lody oraz słone i słodkie przekąski, umilające nam emocjonujące wieczory z piłkarskimi mistrzostwami Europy w tle. Do tego dochodziły od czasu do czasu gaszące pragnienie szklaneczki cydru czy też piwa. W końcu przecież mieliśmy wakacje!

W ten sposób pomimo tego, że jako tako trzymaliśmy się jadłospisu i dużo ćwiczyliśmy, wieczorne telewizyjne sesje z przekąskami niweczyły nasze całodzienne wysiłki. Do tego doszły wieczorne spotkania towarzyskie, na których nie potrafiliśmy odmówić sobie spróbowania tego czy tamtego, co regularnie doprowadzało do przekraczania dziennego, założonego przez nas limitu kaloryczności posiłków.

Kryzys motywacji

Momentem, który dobił nasze starania w utracie kilogramów był mój powrót do pracy w Finlandii na początku lipca. Żona została z dziećmi w Polsce, gdzie kontynuowała urlop, natomiast ja znalazłem się w dosyć trudnej dla utrzymania wagi sytuacji, zmagając się sam na sam z życiem na emigracji. Trudno mi było samemu pogodzić wyczerpującą fizycznie pracę, wymagające treningi i przygotowywanie dietetycznych posiłków. Trzymałem się jak mogłem, ale czasami było to ponad moje siły i uciekałem w szybkie do przygotowywania porcje jedzenia, co równocześnie oznaczało, że były to często wysokokaloryczne dania.

Oczywiście wszystko to spowodowało też, że po prostu zabrakło mi czasu na pisanie bloga, który to trzymał w ryzach nasz dietetyczny rygor. W tych chwilach uświadomiłem sobie i dobitnie przekonałem się o tym, że to właśnie blog odegrał ogromne znaczenie dla skuteczności naszej walki z otyłością. Gdyby nie blog, nie schudlibyśmy tak szybko i efektownie. Dzielenie się z Wami informacjami o naszej walce z odchudzaniem to jest coś, co nas ogromnie motywuje i daje nam kopa do dalszych zmagań z nadwagą. To jest dla nas ogromna siła, która podtrzymuje nasze starania w powrocie do pełni sprawności fizycznej i wagi sprzed lat. Dlatego kontynuowanie pisania i kontakt z Wami, podtrzymujących nas na duchu i walczących tak samo jak my jest dla nas niezwykle ważny. Liczymy wciąż na Wasze wsparcie po to, żeby pokazać wszystkim niedowiarkom i złorzeczącym, że jednak można i walka nie jest jeszcze do końca przegrana.

Tutaj warto się zatrzymać i napisać o jeszcze jednej, bardzo ważnej dla mnie sprawy, która mnie bardzo zdemotywowała podczas pobytu w Polsce. Była to ogromna zazdrość i zawiść otoczenia z tego co robimy i co udało się już nam osiągnąć. Wiadomym od początku było to, że nie robiliśmy tego tylko dla siebie, ale też i dla Was, po to, żeby pokazać, że niemożliwe może stać się możliwe i realne do osiągnięcia. Stąd przecież wziął się pomysł na blog. Poziom zazdrości i zawiści przerósł moje najśmielsze i najgorsze oczekiwania. Zetknięcie się z ludźmi, którzy próbowali na wszelkie sposoby obrzydzić nam nasze zmagania, które szczegółowo opisywaliśmy na blogu i zdyskredytować nasze trudy i sukcesy sięgały czasami zenitu.

Ta sytuacja niestety przerosła mnie i spowodowała, że straciłem zapał do pisania i odchudzania. W tym momencie warto pokazać też i te dobre strony mojego blogowego pisarstwa i wskazać tych, którzy nas wspierają i motywują. To oni przyczynili się do tego, że zdecydowałem się pomimo ogromnych wątpliwości i walki samym z sobą kontynuować pisanie i dalej walczyć z nadwagą. W pierwszej kolejności chciałbym podziękować rodzicom, bez których wsparcia, zarówno tego fizycznego jak i duchowego nie byłoby tego całego przedsięwzięcia. Wielkie podziękowania należą się również koledze Krystianowi, który żywo interesuje się naszymi zmaganiami i który dopinguje nas od samego początku odchudzania. Mam nadzieję, że w niedługim czasie pojawi się jego historia w naszej blogowej zakładce „Metamorfozy” dotycząca procesu rozbudowy jego masy mięśniowej i powrotu do sportowego stylu życia.

Czas na drugą rundę walki!

Cały czas warto pamiętać, że blog ten powstał nie tylko po to, żebyśmy mogli sami zmotywować się do schudnięcia, ale też stworzony został dla wszystkich tych, którzy mają te same problemy co my. Pokażmy więc wszyscy razem, wszystkim tym, którzy w nas nie wierzą i wątpią, wyśmiewają nasze starania, wszystkim zawistnikom i obłudnikom, że jesteśmy silni i że potrafimy zmieniać nasze życie na lepsze! Pokażmy, co to znaczy być konsekwentnym i niezłomnym pomimo tego, że czasami musimy przełknąć gorycz porażki! Nie poddawajmy się na żadnym z etapów naszej drogi! Zmierzajmy do celu, niezależnie od tego na jakim zakręcie naszego życia się właśnie znaleźliśmy! Chwila załamania i nawet chwilowej klęski nie oznacza końca! Może stać się początkiem drogi do sukcesu i życia z którego będziemy wszyscy dumni! Czas na to, żebyśmy zaczęli pozytywnie zaskakiwać niedowiarków! Pokażmy nasze możliwości i to na co nas stać! Właśnie ringowy dzwon wezwał nas do wyjścia na drugą rundę pojedynku z naszymi słabościami! Podejmijmy wspólnie rękawice i zwyciężmy tę walkę!