Wczasy all inclusive na Majorce! To jest to! Niesamowity relaks na plaży i na przyhotelowych basenach! Wszystko podane na tacy i to dosłownie pod nos! Jedzenia w bród, a drinków od wyboru do koloru! Pełen wypas! Czy można się było temu wszystkiemu oprzeć i czy było warto kusić los będac na diecie? Czy daliśmy radę i byliśmy wystarczająco silni żeby przezwycieżyć otaczające nas zewsząd żywieniowe pokusy? Takie było nasze zamierzenie przed wyjazdem na urlop, a co z tego wyszło przeczytajcie sami.

Postanowione! Jedziemy na Majorkę!

Jeszcze zanim przeszliśmy na dietę, w marcu tego roku postanowiliśmy, że tegoroczne wczasy spędzimy z teściami na Majorce. Na początku roku zarezerwowaliśmy sobie dwutygodniowy pobyt, na który zdecydowaliśmy przeznaczyć czas w drugiej połowie października. Plan był taki, żeby ominąć najgorętsze dni upalnego hiszpańskiego lata i uciec od ostrego, prawie afrykańskiego słońca, który uniemożliwiałby nam spędzanie wolnego czasu na plaży z naszymi najmłodszymi pociechami. Poza tym chcieliśmy uciec od wyjątkowo depresyjnej o tej porze roku Finlandii. Możecie mi uwierzyć, ale Polska jesienna depresja to przy tej fińskiej naprawdę pikuś. Taki był więc nasz plan, który udało nam się skutecznie dopiąć i zrealizować.

Tak jak pisałem we wcześniejszych wpisach, po miesiącach odchudzania i intensywnych treningów wpadliśmy w dołek. Już w lipcu coś zaczęło się zacinać i psuć. Ćwiczyliśmy w miarę regularnie, ale nie pilnowaliśmy już tak zdecydowanie i restrykcyjnie diety. Zaczęliśmy sobie od czasu do czasu folgować, dogadzać i zbyt często nagradzać się za wyczerpujące ćwiczenia. Taki stan trwał aż do naszych wymarzonych i upragnionych wakacji na Majorce.

Wiedzieliśmy o tym, że będzie ciężko. Zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to dla nas lekcja próby. Jak utrzymać dietę przy suto zastawionych stołach i nie złamać się? Czy zdamy kolejny test i powstrzymamy się przed niekontrolowanymi odruchami zbytniego przejadania się? Przecież wytrzymaliśmy 6 tygodni na diecie owocowo-warzywnej, więc dlaczego akurat teraz mielibyśmy się złamać i nie być konsekwentni. To tylko 2 tygodnie. Na pewno jakoś damy radę. Niestety, okazało się, że rzeczywistość okazała się brutalniejsza niż sądziliśmy.

All inclusive na talerzu.

Pierwsze wejście na salę restauracyjną to było istne szaleństwo! Setki ludzi w jednym miejscu zajadających się smakołykami z różnych stron świata. Ten widok rozłożonych na półmiskach wędlin, serów i twarożków, smażona jajecznica i jajka sadzone prosto z patelni, pieczone kiełbaski, ciepłe naleśniki, croissanty, bogaty wybór muesli i płatków śniadaniowych, chrupiące i świeżutkie białe pieczywo, ciasteczka i nieprzebrany wybór owoców zarówno tych świeżych jak i w syropach. Nie potrafiliśmy się powstrzymać! To było niestety silniejsze od nas! Zaczęło się od kawy, która lała się strumieniami. Wystarczyło tylko wybrać odpowiedni program i nacisnąć guzik. Za tym później poszła cała reszta! Po miesiącach dosyć ostrej i rygorystycznej diety zachciało się nam nagle spróbować wszystkiego! Bogactwo świeżych i pierwszej jakości produktów dosłownie położyło nas na łopatki! Z tyłu głowy mieliśmy wciąż to, ile wysiłku kosztowało nas to całe odchudzanie, ale niestety nieodparta chęć zaspokojenia apetytu okazała się silniejsza i trudniejsza do przezwyciężenia niż nam się to przed przyjazdem wydawało.

A miało być tak pięknie! Mieliśmy trzymać się diety, niepotrzebnie nie przejadać się i biegać porankami każdego dnia! Mieliśmy korzystać z uroków prawie afrykańskiego klimatu i wykorzystać każdy dzień pobytu na maksa! Mnie udało się pobiegać w ciągu dwóch tygodni tylko 3 razy. Żonie niestety tylko raz!

Szklankę goryczy dopełnił darmowy alkohol, dostępny w nieograniczonych ilościach w ramach pakietu all inclusive. Tutaj lampka hiszpańskiego wina, tam drink, później piwko dla ochłody na gorącym słońcu. Rozluźnieni alkoholem traciliśmy kontrolę nad naszymi ograniczeniami żywieniowymi i kolejne bariery zaczęły pękać. W ten sposób dostarczaliśmy o dużo więcej kalorii niż to nam było w rzeczywistości potrzebne. Poza tym alkohol nas rozleniwiał. Rozrywkowe wieczorki organizowane codziennie przez hotel i towarzyszące temu drinki powodowały, że później ciężko nam było rano wstać, a gdzie tu jeszcze biegać!

No i w ten sposób wprowadziliśmy siebie na drogę klasycznego efektu jojo, przed którym teraz będziemu musieli się obronić rękoma i nogami, no i oczywiście naszymi przewodami pokarmowymi i trawiennymi.

Co dalej?

Co nam więc pozostało po naszych wczasach? Niestety kolejne kilogramy nadwagi. Waga skoczyła nam w górę. Żonie przybyło 3 kilogramy, za to mi w sumie, aż 5! Małą obroną dla mojego przyrostu wagi może być to, że zacząłem dosyć ostro ćwiczyć na siłowni, co spowodowało przyrost masy masy mięśniowej i wywołało spory skok na wadze. Niczego jednak nie usprawiedliwi naszego nieodpowiedzialnego zachowania podczas pobytu na Majorce. Częściowo przekreśliliśmy miesiące naszego odchudzania i trudy walki z nadwagą. Weszliśmy teraz na tory przybierania na wadze, kumulowania kilogramów, a nie spalania. To może być bardzo niebezpieczne i spowodować powrót do naszej starej wagi, czego sobie byśmy oboje bardzo nie życzyli. Musimy to teraz wszystko na nowo odbudować i walczyć dalej. Trzeba przemyśleć sprawę, wyciągnąć wnioski i naprawić jak najszybciej błędy i wrócić z powrotem do realizacji dietetycznego planu.

Co mógłbym napisać, żeby przestrzec Was przed tym samym. Opiszę to jednym zwrotem – nie warto kusić losu! Chyba, że jesteście naprawdę silnymi i odpornymi na wszelkie pokusy jednostkami. My, pomimo tego wszystkiego, co nam się udało dotychczas dokonać i osiągnąć takimi osobnikami chyba nie jesteśmy. Jednak pomimo tego, że przegraliśmy tę bitwę i daliśmy teraz ciała, to wojny z nadmiarem kilogramów nie zamierzamy odpuścić! Walczymy dalej i jesteśmy teraz chyba jeszcze bardziej zmotywowani niż wcześniej! Idziemy naprzód i zwyciężymy pomimo przeciwności losu! Wszystkim czytelnikom i walczącym z nadwagą chciałbym życzyć tego samego.

A tutaj kilka zdjęć z malowniczej i pięknej Majorki …